„Wyklęci” mało święci

Normalnie nie wrzucamy przedruków z prasy oficjalnej, ale w zalewie podniecania się tzw. “żołnierzami wyklętymi” i przyprawiającymi o mdłości peanami na ich cześć wygłaszanymi przez polityków i inne osobistości publiczne, artykuł z “Przegłądu” jest naprawdę wart polecenia, więc wrzucamy go tutaj w całości. 

Tzw. żołnierze wyklęci w świetle oficjalnej polityki historycznej uprawianej przez aparat IPN-owski, prawicowych publicystów i polityków jawią się jako bezbronne anioły ginące z rąk komunistycznych oprawców. W polityce historycznej IPN i prawicy nie ma miejsca na ponad 5 tys. cywilnych ofiar, w tym 187 dzieci zabitych przez „wyklętych”. Napady na sklepy, urzędy pocztowe i kasy spółdzielni chłopskich, rekwizycje wypłat dla robotników PGR czy należności podatkowych rolników zebranych przez sołtysa – tak działalność żołnierzy zbrojnego podziemia pamiętają mieszkańcy Łomżyńskiego. „Leśni” najczęściej nachodzili rolników, traktując ich przy tym po wielkopańsku. Chłopi mieli oddawać im wszystko, czego zażądali. I nie protestować. Każdy, kto to robił, był uznawany za szpicla lub komunistę. I surowo karany.

W polityce historycznej IPN i prawicy nie ma miejsca na ponad
5 tysięcy cywilnych ofiar, w tym 187 dzieci

Kiedy 1 marca w ramach Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” odbywały się uroczystości, kiedy zewsząd słychać było chwalbę „leśnych”, kiedy prezydent RP znów wręczał „największym patriotom, niezłomnym bohaterom” medale i ordery, jakoś nikt nie mówił, że warto wspomnieć ich ofiary i uczcić je choćby minutą ciszy. W latach 1944-1948, nieważne, czy nazwiemy ten czas wojną domową czy inaczej, „wyklęci” zabili ponad 5 tys. cywilów, w tym 187 dzieci do lat 14. Ale o tym się nie mówi, bo dla prawicy byli to komunistyczni pachołkowie i donosiciele do UB.
Bezkrytyczne gloryfikowanie tzw. żołnierzy wyklętych, bez uwzględnienia całego kontekstu historycznego i ówczesnych realiów, jest niczym innym jak powieleniem a rebours haseł i tekstów propagandystów z okresu stalinowskiego. Dziś „wyklęci” w świetle oficjalnej polityki historycznej uprawianej przez aparat IPN-owski, prawicowych publicystów i polityków jawią się jako bezbronne anioły ginące z rąk komunistycznych oprawców. Tymczasem na „wyklętych” trzeba patrzeć jak na zbiorowość, ale i jak na indywidualności, bo wtedy dopiero można widzieć ich prawdziwe oblicze. To prawda, że wielu, bardzo wielu stało się ofiarami ubeckich i NKWD-owskich represji i tortur, jednak trzeba też pamiętać, że „wyklęci” sami stawali się nieraz zbrodniarzami, nie mniej okrutnymi niż ci, którzy katowali ich kolegów. Nikt nie powinien tego kwestionować, żyją bowiem jeszcze świadkowie tamtych wydarzeń, a w archiwach są dokumenty, chociaż ostatnio dziwnym trafem często znikają.

Dość okrucieństw wojny

Na powojenne życie „leśnych” i ich postawę miało wpływ wiele czynników, przede wszystkim sytuacja geopolityczna. Po decyzjach Wielkiej Trójki, a szczególnie po uznaniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej z Gomułką i Mikołajczykiem (powstał 28 czerwca 1945 r.), przestawali już być sprzymierzeńcami zachodnich aliantów, zamieniając się w kłopot. Mocno wierzyli w III wojnę światową, mimo że, jak pisze Rafał Wnuk w zbiorowym opracowaniu „Wojna po wojnie”, „w kręgach kierowniczych Polskiego Państwa Podziemnego dominowało przekonanie, że złudne jest liczenie na rychły konflikt sowiecko-anglosaski, a kontynuacja zbrojnego oporu nie ma sensu. Dlatego wydawano liczne odezwy postulujące rezygnację z walki zbrojnej. Używano przy tym argumentu, że II wojna światowa przyniosła tak dotkliwe straty, iż kolejne ofiary mogą zagrozić istnieniu narodu polskiego”. Tego „leśni” nie chcieli zrozumieć. Podobnie jak tego, że po sześcioletnim koszmarze wojny ludzie mieli dość jej okrucieństw – obozów zagłady, łapanek i rozstrzeliwań, wywózek, Katynia, Sybiru… Na to nakładała się zbiorowa trauma po powstaniu warszawskim. Zresztą nie tylko Polacy mieli dosyć. Rozumieli to Stalin, Churchill i Roosevelt. Wiedzieli, ile wojna kosztowała ich narody. I choć w sztabach rozważano scenariusze wojny między aliantami, to wspólne ustalenia, głównie z Jałty (czytaj: podział wpływów), Wielka Trójka uznawała za obowiązujące i nie była skora bić się o ich zmianę.
W takich okolicznościach znaleźli się ci, którzy prowadzili walkę z okupantem. Armia Krajowa wyznawała teorię dwóch wrogów: Hitlera i Stalina. Na Kremlu i w dowództwie Armii Czerwonej, która już w styczniu 1944 r. wkroczyła na ziemie II Rzeczypospolitej, a w lipcu przekroczyła Bug, dobrze o tym wiedziano. Nie mogą więc dziwić aresztowania żołnierzy podziemnego państwa. Zresztą za zgodą sprzymierzonych, głównie Roosevelta, który dał Stalinowi placet na dowolne działania na terenach zajętych przez jego wojska. Nie tylko dlatego, że „leśni” atakowali żołnierzy Armii Czerwonej.

Październik 1944 r. Dwaj żołnierze AK, Jan Tadeusz Wojciechowski i „Grab” (Wacław Popis), z rozkazu por. „Zagończyka” (Franciszka Jaskulskiego) zlikwidowali st. sierżanta Armii Czerwonej, Sokura, ranili starszynę W. Wakulenkę.

Im dalej Armia Czerwona posuwała się na Zachód, tym gorsza stawała się sytuacja „leśnych”. I mimo że ich aktywność wzrosła, byli na przegranej pozycji. Owszem, PPR nie miała poparcia większości Polaków, ale coraz więcej ludzi rozumiało, że trzeba szukać innego sposobu dogadywania się z Moskwą niż zbrojne występowanie przeciwko niej, które wiązało się z kolejnymi ofiarami. Nie bez powodu w prasie PSL-owskiej piętnowano mordy powojennego zbrojnego podziemia dokonywane – jak pisano – przez „faszystów z NSZ” i tych od gen. Andersa.

Życie bez broni?

Niewątpliwie na zachowanie „leśnych” miała wpływ sama wojna. Wyszli z niej okaleczeni fizycznie i psychicznie. Wojna bowiem ludzi zmienia, uzależnia, a wielu wręcz deprawuje. Śmierć „leśnym” spowszedniała, zabicie człowieka nie wywoływało większych emocji. Osaczani przez wojsko i milicję, mający coraz mniejsze oparcie w ludności cywilnej przestawali być „orędownikami wolności” i schodzili na drogę przestępstwa. Zwykłego bandytyzmu, ponieważ wielu z nich nie umiało już żyć inaczej niż z bronią w ręku, nie mogło i nie chciało się pogodzić z tym, że nie oni są władzą, która wszystko może. Wystarczy przypomnieć postać mjr. Jana Tabortowskiego „Bruzdy”, pełniącego funkcje kierownicze w strukturach AK-WiN na terenie Łomżyńskiego, pośmiertnie odznaczonego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego „za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej” Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Po ujawnieniu się w latach 1948-1950 Tabortowski przebywał w Warszawie, gdzie próbował odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Obserwowany przez ludzi UB, w 1950 r. postanowił wrócić do lasu.
Jak pisze Marta Kurkowska-Budzan badająca współczesne postrzeganie „żołnierzy wyklętych” w Łomżyńskiem, „istotą tej późnej partyzantki były już nie akcje dywersyjne przeciwko ustrojowi, lecz utrzymanie się przy życiu. Stąd jej działalność w większości ograniczała się do tego, co historyk nazwie »akcją ekspropriacyjną« lub rekwizycyjną, a rozmówcy (autorki – PD) – »kradzieżą«. Oddział »Bruzdy« w okresie od kwietnia 1950 r. do sierpnia 1954 r. przeprowadził 14 akcji, w wyniku których zginął jeden pracownik UBP, dwóch milicjantów i jeden współpracownik UBP. To, co zostało we wspomnieniach rozmówców, to napady na sklepy, urzędy pocztowe, kasy spółdzielni chłopskich, rekwizycje wypłat dla robotników PGR, należności podatkowych rolników zebranych przez sołtysa. Oddział zabierał nie tylko pieniądze, ale też towary, bieliznę, buty. Ostatnią akcją, podczas której zginął Tabortowski, był napad na Gminną Kasę Spółdzielczą”.

Maj 1945, Miłosna, pow. Puławy. Pododdział „Rysia” zabrał gospodarzowi Michałowi Rybickiemu wóz i parę koni.
Listopad 1946, Nadrybie, pow. Chełm. Partyzanci z oddziału NSZ „Boruty” zabrali z gospodarstwa Grzegorza Gargola dwa konie z uprzężą i ubranie.
To, co robili Tabortowski i inni, musiało się odcisnąć w pamięci szczególnie mieszkańców wschodniej Polski. Nie tylko napady i kradzieże, ale przede wszystkim zbrodnie „leśnych” na ludności cywilnej, szczególnie kobietach i dzieciach. W niewielkiej tylko części udokumentował je Bazyli Pietruczuk w „Księdze hańby”. Autor zebrał dane z niektórych miejscowości obecnego woj. podlaskiego. Sporządzona przez niego lista nazwisk ofiar i miejscowości, w których dokonano zbrodni, jest bardzo długa. Już na pierwszy rzut oka widać, że wśród zabitych najliczniejszą grupę stanowią chłopi. Odpowiedź na pytanie dlaczego jest łatwa. „Leśni” najczęściej nachodzili rolników, traktując ich przy tym po wielkopańsku. Chłopi mieli oddawać im wszystko, czego zażądali. I nie protestować. A każdy, kto to robił, był uznawany za szpicla lub komunistę, z którym trzeba się surowo rozprawić. Chłopi, którzy wiele przeszli „za Niemca i Sowieta”, byli niezbyt skorzy do dawania, bo „leśni” często zabierali im jedyne środki do życia i pracy – inwentarz, sprzęt, pieniądze. Ludność wiejska była też zastraszana i nierzadko karana za branie ziemi z reformy rolnej, za władanie szlacheckimi majątkami.

Maj 1946 r., Tomaszowice, pow. Lublin. Jeden z pododdziałów „Zapory” (Hieronima Dekutowskiego) zastrzelił administratora majątku Tomaszowice Jana Patejaka.
17 października 1946 r. we wsi Cisówek pow. augustowskiego bojówka „Oko” uprowadziła z domu i zamordowała Mariana Ołdaka, ale przed śmiercią połamano mu ręce i nogi. Następnie ci sami „bohaterowie” przyszli do Wincentego Ołdaka – ojca zamordowanego Mariana, któremu zabrano odzież, rower, konia z uprzężą i wóz.
5 maja 1945 r. we wsi Kalinowo Stare pow. wysokomazowieckiego zostali zamordowani Roman Uszyński i jego żona Aniela – rolnicy. Mordu dokonała bojówka WiN.
11 grudnia 1947 r. członkowie grupy „Cygana” zamordowali 2 mieszkańców wsi Stokowisko pow. wysokomazowieckiego, Aleksandra Popławskiego za to, że przyjął 4 ha ziemi z reformy rolnej, i Jana Zielińskiego – zdemobilizowanego żołnierza. W zabójstwie uczestniczyli: „Plon”, „Miedziak” i „Dziki”.

Kiedy „leśnym” coraz trudniej było walczyć z oddziałami wojska czy MO, rosła liczba ofiar cywilnych, także przypadkowych. Z bezwzględną surowością traktowano niedawnych towarzyszy broni, którzy mieli dość beznadziejnej walki przeciw rodakom, często sąsiadom.

9 listopada 1945 r. spalone zostały we wsi Guty, gm. Drozdowo, budynki mieszkalne i chlewy członka Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Laskowskiego, który zdał broń do PUBP w Łomży. On i jego syn zostali zabici. Podobny wypadek miał miejsce 19 grudnia, kiedy to oddział NZW zastrzelił w miejscowości Bacze Mokre, gm. Puchały, Jana Ziółkowskiego, kawalera Virtuti Militari V klasy z 1920 r., spokojnego i niewinnego obywatela. W tym samym dniu na terenie gm. Szumowo, pow. Łomża, przemaszerowujący oddział NZW groził, że zabije każdego, kogo spotka po drodze z legitymacją PSL.
20 czerwca 1947 r. we wsiach Wierzbowo i Czaplice oddział Pogotowia Akcji Specjalnej NZW zabił Stanisława Liżewskiego oraz Józefa i Stanisława Maciejewskich, rzekomo za odmowę współpracy z podziemiem.
20 czerwca 1947 r. we wsiach Wierzbowo i Czaplice oddział PAS NZW zabił Stanisława Liżewskiego oraz Józefa i Stanisława Maciejewskich, rzekomo za odmowę współpracy z podziemiem.

Po 1946 r. ofiarami „leśnych” coraz częściej stawali się ci, którzy bali się ich i od nich stronili. Co więcej, „leśni” zaczęli stosować odpowiedzialność zbiorową i mordować członków rodzin walczących z nimi ludzi.

2 lipca 1947 r. oddział „Roli” zabił we wsi Wykowo, gm. Puchały, rodzinę rolnika Olechowskiego, a 15 dni później we wsi Mikołajki, gm. Szczepankowo, zginęła Kazimiera Łosiewicz, żona funkcjonariusza PUBP w Łomży. 13 maja 1948 r. we wsiach Srebrny Borek i Nowy Borek, gm. Szumowo, oddział NZW zabił rodzinę Świerczewskich oraz Mariana Zagrobę, ponieważ krewny rodziny Świerczewskich pracował w PUBP w Ostrowi Mazowieckiej.

Morderstwa odbijały się głośnym echem, chociaż „leśni” robili wiele, by nie było śladu po ofiarach. Do takich zbrodni należy mord na tzw. furmanach dokonany przez oddział Romualda Rajsa „Burego”. Zabito 28 osób. Sąd uznał to za zbrodnię mającą znamiona ludobójstwa. Tak samo należałoby traktować mordy, jakich od 29 stycznia do 1-2 lutego 1946 r. dopuściła się 3. Brygada Wileńska NZW (ok. 120 ludzi) przeprowadzająca pacyfikację terenów zamieszkanych przez ludność białoruską. Oddział ten spalił częściowo lub w całości wsie Zaleszany, Szpaki, Zanie i Końcowizna. Łącznie zginęło 49 osób.

Polityka historyczna

„Dziś stosunek do powojennego podziemia jest jednym z istotniejszych wyznaczników określających świadomość historyczną i polityczną Polaków. Niestety, w obecnych sporach dotyczących siły i znaczenia oporu wobec komunistycznego państwa w okresie »walki o utrwalanie władzy ludowej« częściej operuje się niesprawdzonymi stereotypami i półprawdami niż rzetelną wiedzą historyczną”. Trudno nie zgodzić się ze słowami Rafała Wnuka z książki o AK na Lubelszczyźnie. Należy on do nielicznych historyków, którzy nie postrzegają zbrojnego podziemia w kategoriach czarne-białe, ale widzą cienie i półcienie. Większość badaczy i publicystów, szczególnie spod znaku IPN, myśli natomiast jak Zbigniew Gluza, który we wstępie do książki „Wyklęci” wydanej przez kierowaną przezeń KARTĘ, pisał: „Gdy 1 marca 2011 r. Polska po raz pierwszy obchodziła Narodowy dzień Pamięci »Żołnierzy Wyklętych« jako doroczne święto państwowe – wielu starych obywateli reagowało zdziwieniem: »Jak to, narodowa pamięć tym bandytom?«. To pewnie wykonawcy lub ofiary peerelowskiej propagandy, którzy uwierzyli, że jeśli ktoś podnosił rękę na tamten system, z pewnością stanowił przypadek patologiczny”.
Słowa Gluzy doskonale ilustrują, na czym ma polegać polityka historyczna. Pamięć ma być tylko jedna. „Żołnierze wyklęci” to kontynuatorzy najlepszych tradycji niepodległościowych, prawdziwi patrioci, którzy przeciwstawili się narzuconej władzy i jej utrwalaczom. Koniec i kropka. Żadnych ale. Żadnych stwierdzeń, że powojenna przeszłość była bardziej złożona i nie da się jej przedstawić zero-jedynkowo, że wielu „leśnych” miało piękną kartę walki o niepodległość, której finałem stał się zwyczajny bandytyzm.
Warto więc w tym miejscu przywołać artykuł Anny Pyżewskiej z białostockiego oddziału IPN (!) „Tragedia w Sokołach”, w którym autorka opisuje wydarzenia z lutego 1945 r. – egzekucję dokonaną z wyroku podziemia na domniemanych „szpiclach sowieckich”, w której zginęło siedem osób narodowości żydowskiej, w tym czteroletnia dziewczynka i 13-letni chłopiec. Pyżewska próbowała odpowiedzieć na pytanie, czy przyczyną ich śmierci była rzeczywista współpraca z Sowietami, czy raczej osobiste porachunki jednego z członków patrolu AK. Autorka, mimo że nie formułowała ostatecznych wniosków, od razu stała się obiektem ataku innych IPN-owców: Tomasza Łabuszewskiego i Kazimierza Krajewskiego, którzy oskarżyli ją o brak obiektywizmu w badaniu historycznym. Nie omieszkali też przedstawić, jaka jest obowiązująca wizja przeszłości: „Choć jest to prawda trudna do przyjęcia dla beneficjentów półwiekowego okresu rządów komunistycznych – jedni uczestnicy tych zmagań walczyli o niepodległość i suwerenność Polski oraz wolność człowieka, drudzy – sprzymierzeni z komunistycznym okupantem – walczyli przeciw tym wartościom”.
Opinia Łabuszewskiego i Krajewskiego to kwintesencja całej polityki historycznej, uprawianej nie tylko przez IPN. Kto jej nie akceptuje, nie prezentuje takiego stanowiska, jest nikim innym jak spadkobiercą stalinowskich oprawców.
A jak jest w rzeczywistości? Posłużmy się jeszcze raz pracą Marty Kurkowskiej-Budzan, która odbyła wiele rozmów z mieszkańcami Łomżyńskiego (wiele z nich nagrała), chcąc się dowiedzieć, co tamtejsza ludność pamięta z powojennych czasów i co o nich myśli: „Zostałam skontaktowana z kilkoma naocznymi świadkami wydarzeń z 22 lutego 1947 r., które rozegrały się w pobliskiej wsi Łady Borowe. Ludzie ci nie mogą się pogodzić z faktem, że sprawców zbrodni, które tam zostały popełnione, po latach uhonorowano tablicą memoratywną. W pamięci mieszkańców Ład Borowych żywy jest obraz egzekucji, jaką oddział Henryka Gawkowskiego »Roli« wykonał na kilkuosobowej rodzinie Myślińskich, składającej się z kobiet i ich dzieci w wieku od sześciu do osiemnastu lat. (…) Przyczyną, dla której zostali zamordowani, miało być, według słów mieszkańców, odnalezienie przypadkiem w lesie zwłok ojca, zastrzelonego przez tych samych partyzantów kilka miesięcy wcześniej i ujawnienie tego zabójstwa przed władzami. Wincenty Myśliński miał być nielojalny wobec partyzantów, z którymi współpracował. (…) Po zabójstwie Myślińskich ich gospodarstwo przejęła rodzina sprawców mordu. Moi rozmówcy twierdzili, że rabunek był w istocie motywacją mordu. (…) W pamięć mieszkańców zapadł obraz przymarzniętych do siebie zwłok dzieci, w tym najmłodszej, kilkuletniej Sabinki. Utrwaliła ją wspominana do dziś fotografia, wykonana przez UB. (…) Zdjęcie to znalazło się w albumie fotograficznym SB, który przechowywany jest przez białostocki Instytut Pamięci Narodowej, ale niestety zostało zeń wyjęte i nie udało się go odnaleźć”. Ciekawe, kto je wyjął.

Patrioci i bandyci

Warto w tym miejscu zapoznać się z wnioskami Marty Kurkowskiej-Budzan. Z jej badań wyłania się funkcjonujący wśród mieszkańców Łomżyńskiego podział „żołnierzy wyklętych” na prawdziwych polskich patriotów i bandytów. Ci pierwsi w ocenie rozmówców to: ideowa młodzież zmuszona do konspiracji przez represje UB, wyjątkowi, niezłomni i bezkompromisowi obrońcy wartości moralnych i cywilizacyjnych, patrioci broniący ojczyzny. Ci drudzy zaś to: bandyci i złodzieje, chuligani terroryzujący wsie, kawalerka spragniona przygody, zbrodniarze mordujący w imię ideologii nacjonalistycznej, bandyci, których motywacją do działań wymierzonych w cywilów były rabunek, chęć dominacji fizycznej. Jest też trzecia, pośrednia grupa, oceniana jako „broniący niepodległości Polski, ale nie zawsze w swoich działaniach zachowujący czyste ręce”.
„Wśród ludności wiejskiej – pisze autorka – została pamięć krzywd fizycznych i moralnych wyrządzonych przez obie strony. Zapamiętane zostały i osądzane w różnym stopniu czyny partyzantów i czyny »ubowców«. »Oni siebie warte byli« (Mirosława Z.). W narracjach przebija poczucie niesprawiedliwości, jaka spotkała chłopów, którzy znaleźli się pomiędzy dwoma walczącymi obozami”. Dlaczego zatem oficjalna, zgodna z IPN-owską polityką historyczną ocena przeszłości jest tak jednostronna?
„Wielu historyków – pisze Rafał Wnuk w „Wojnie po wojnie” – a za nimi polityków przekonuje, iż w okresie dominacji sowieckiej to właśnie partyzanci i ludzie aktywnie ich wspierający byli rzeczywistymi reprezentantami swych narodów. Uznają ich za strażników wartości narodowych, a w niektórych wypadkach także obrońców państwowości. (…) Autorzy ci zdają się sugerować, że w połowie lat 40. walka zbrojna stanowiła jedyną honorową postawę, delegitymizując tym samym inne strategie zachowań. W myśl tej interpretacji antykomunizm tym samym oznaczał bezwarunkowo opowiedzenie się po stronie dobra. Historyczne zaszłości, rodzaj ideologicznej motywacji, świat wartości wyznawanych przez chwytających za broń przeciw Sowietom – niczym udział w średniowiecznej krucjacie zapewniają patriotyczny »odpust zupełny«. Partyzant antykomunistycznego podziemia staje się bohaterem z definicji”.
Jeżeli „leśni” to prawdziwi patrioci, to kim są ci, którzy mając nieraz większe zasługi w czasie wojny, nie popierali ich, nie przyłączyli się do walki powiększającej tragiczny bilans wojny? Którzy rozumieli, w jakiej sytuacji znaleźli się Polacy, i chcąc oszczędzić im kolejnego rozlewu krwi, przystąpili do odbudowy kraju dotkniętego ogromnymi stratami ludzkimi i materialnymi. Czy ci „nieleśni” byli gorszymi Polakami, a może, stosując podział wielu IPN-owców, ludźmi niegodnymi tego miana? Po prostu zdrajcami?

Niewygodne fakty

„Walka o »wolną i niepodległą« przemieniła się w okrutną karykaturę samej siebie”, napisał w „Polityce” Marcin Zaremba. Dlaczego zatem de facto obowiązuje jedna wykładnia tamtych wydarzeń i postaw? Dlaczego opanowany przez osoby o skrajnych poglądach IPN narzuca tylko jedną interpretację? Nie byłoby to możliwe, gdyby nie poparcie udzielane mu przez PiS i PO, ugrupowania Ziobry czy Gowina. Do tego grona przyłącza się prezydent Komorowski, który nie stara się pokazywać swoją postawą, że lata powojenne miały różne oblicza. Że obok tych, których należy uhonorować, bo stali się ofiarą nierzadko haniebnego zachowania UB czy nawet zbrodni sądowych, należy również pamiętać o ofiarach „leśnych”. Podnoszenie wszystkich członków zbrojnego powojennego podziemia do rangi jedynych patriotów przeczy historii. Mało tego, jednostronny ich ogląd jest dobitnym wyrazem woli dalszego dzielenia już i tak mocno podzielonego narodu.
Debata na temat „żołnierzy wyklętych” jest całkowicie jednostronna. Niewygodne fakty są pomijane lub sprowadzane do absurdu. Słowacki odpowiednik Instytutu Pamięci Narodowej do tej pory nie może się doczekać rzeczowej odpowiedzi polskich historyków na temat zbrodniczej działalności Józefa Kurasia „Ognia” na Podhalu. Słowacy oskarżają go o ponad sto napadów bandyckich i zamordowanie kilkunastu cywilów. Polski IPN stawia mu pomnik.
O sile obecnej propagandy historycznej świadczy fakt, że termin „żołnierze wyklęci” jest powszechnie używany w naukowym obiegu. Tak oto rodzima historiografia przekształca się w mitologię. Rośnie także liczba ulic, skwerów i placów, które przybierają imię „żołnierzy wyklętych”. Co ciekawe, również na ziemiach zachodnich. Tymczasem nie dość, że obecność podziemia na tych terenach była śladowa, to jeszcze gdyby „leśni” zwyciężyli, Szczecin, Gorzów czy Wrocław znalazłyby się poza granicami Polski. Prawdziwymi bohaterami byli ci, którzy w codziennym trudzie odbudowywali tę ziemię i utrwalali na niej polską obecność, ale o pionierach mało kto teraz pamięta.
Trzeba zadać pytanie, czemu ma służyć gloryfikacja ludzi podziemia. Mało tego, można zapytać, czy IPN, którego pełna nazwa brzmi Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, nie powinien (nie ma obowiązku) wszcząć wielu śledztw przeciwko ludziom, którzy dopuścili się zbrodni na cywilach niemających nic wspólnego z walką ze zbrojnym podziemiem. Czy ściganiu podlegać mają tylko stalinowscy zbrodniarze, a ci, którzy niewiele się od nich różnili, już nie? Bo są a priori uświęceni jako orędownicy „wolnej Polski”?
Jeżeli IPN nie prowadzi postępowań przeciwko wielu „wyklętym”, to nie wypełnia swoich powinności. Od czego zatem jest i po co istnieje? Tylko jako nacjonalistyczno-pisowska tuba i fałszerz historii?
Lewica, która przyłożyła rękę do uchwalenia Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, powinna wiedzieć, że dając poniekąd placet na zakłamywanie powojennej historii, tworzy naturalne podglebie do fałszowania oglądu III RP i własnej w niej roli.
W ramach propagowania „prawdziwych bohaterów” w Warszawie zorganizowano bieg „Wilczym tropem. Bieg Ludzi Honoru”. A może kiedyś rodziny ofiar „żołnierzy wyklętych” zorganizują „Marsz milczenia”? I na jego organizację też pójdą środki z funduszu IPN, na który składają się wszyscy Polacy, łącznie z tymi, którzy nie godzą się na jego jednostronną politykę historyczną?
Paweł Dybicz

Informacje drukowane kursywą pochodzą z „Księgi hańby” Bazylego Pietruczuka, publikacji „Lubelski Okręg AK 1944-1947” Rafała Wnuka i strony internetowej historialomzy.pl


Bilans bratobójczej wojny

W bratobójczej wojnie domowej wzięło udział po obu stronach ok. 450 tys. ludzi. W zbrojne podziemie zaangażowanych było 120-180 tys. osób, z czego w zorganizowanych oddziałach, uzbrojonych, a nawet otrzymujących żołd – ponad 20 tys. Według ostatnio publikowanych danych, w 1945 r. w lesie pozostawało 13-17 tys. osób, rok później ok. 8,6-8,8 tys., po amnestii zaś, w latach 1947-1950 działalność prowadziło do 1,8 tys. Po 1950 r. walkę z bronią w ręku kontynuowało 250-400 ludzi, tworząc dwu-, trzyosobowe oddziały. Ocenia się, że zabitych zostało 7672 „leśnych” (Maria Turlejska podaje liczbę 8668), według niezweryfikowanych danych w latach 1944-1954 za przestępstwa polityczne skazano na karę śmierci ok. 5 tys. osób, z czego ponad połowę wyroków wykonano.
Z rąk członków powojennego zbrojnego podziemia zginęło 4018 milicjantów, 495 ormowców, 1616 funkcjonariuszy UB oraz 3729 żołnierzy Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Wojsk Ochrony Pogranicza. Ofiar wśród cywilów było niewiele mniej: 5143 osoby, w tym 187 dzieci do lat 14. Łącznie ok. 15 tys. osób. (Nie wolno zapominać, że ofiarami byli także żołnierze Armii Czerwonej, ale tu znamy tylko szacunkowe liczby, choć wiadomo, że są to tysiące). Bratobójcza wojna pochłonęła więc co najmniej 25 tys. ofiar, nie wliczając w to trwale okaleczonych.
Po pierwszej amnestii w 1945 r. podziemie opuściło tylko 30 217 osób, z czego część na powrót podjęła walkę z polskimi i radzieckimi służbami bezpieczeństwa. W wyniku ogłoszonej 22 lutego 1947 r. amnestii 53 517 osób wyszło z podziemia, a 23 257 przetrzymywanych w więzieniach lub aresztach ujawniło swoją działalność.

źródło: http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/wykleci-malo-swieci

Advertisements

Leave a comment

Filed under Uncategorized

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s